sobota, 04 lutego 2012
Dzieci potrzebne sztuce

Wybierając się w podróż, zwykle zakładam, że spotka mnie nieznane. Lękam się trochę i zarazem ciekawię, oglądam migające przez szybę pejzaże i wiążę nadzieje. Podobnie rzecz ma się ze sztuką. Im częściej zaglądam do galerii, tym bardziej ona jest. Sztuka, rzecz jasna. Przydarza mi się to odwrotnie niż Puchatkowi, który im bardziej zaglądał, tym bardziej nie mógł znaleźć. Sztuka, podobnie jak język, rozwija się wraz z moim jej doświadczaniem. Wydaje mi się, że jestem czułym odbiornikem, stereotypy wyczuwam na odległość, choć sama nie jestem od nich wolna. Jak wszyscy, bo przecież stereotyp jest zawsze społeczny. Bywa i tak, że nie znajduję sztuki w sztuce samej, odkrywam brak "zasięgu" w bardzo skomplikowanej sieci. Tym większa jest ulga, gdy na wystawie pojawia się aktywny widz, wchodzący w dialog. Wyposażamy swoje prace w komunikat, który będzie musiał się przedzierać przez fale innych. Wystawa sztuki współczesnej tylko wtedy spełni swe zadanie, jeśli rozbudzi naturalną, acz tłamszoną kulturowo wrażliwość. Sztuki wizualne bardziej niż kiedykolwiek w dziejach potrzebują owego aktywnego widza, który dopełni dzieło, by mogło zaistnieć swą intencją. W bezpośrednim kontakcie z odbiorcą, małym i dużym, zwłaszcza małym, szczerym i nieskażonym, takim, który na wskroś dojrzy zamysł autora i odważnie wypowiada swoje zdanie, spełnia się artystyczny cud. Twórcy rzadko spotykają się z przejrzystym komunikatem widzów, podczas gdy najciekawsza w procesie odbioru zdaje się interakcja. Sztuka nie odebrana, wystawiona w pełnej światła ciszy, oczekuje zastygła nawet nie klienta, jak mogłoby się zdawać, ale odbiorcy. Wchodząc do galerii spotykamy tę ciszę, rozglądamy się i z różnych miejsc zaczyna docierać do nas wołanie. Jest ono rozmaite, czasem się przekrzykuje jak ptactwo, a to warczy złośliwie, albo milczy zamknięte w sobie. To milczenie zawarte w obrazie bywa siłą, którą może odczytać tylko dziecko, które mieszka w nas. Najpiękniejsza aura powstaje w galerii wtedy, gdy dzieci zaczynają werbalizować swoje odczucia, często zaskakujące, ale jakże prawdziwe. One nie wstydzą się, ani nie boją odkrywać swych sekretów właśnie tu, pośród tajemniczego ogrodu sztuk. Tak odradza się człowiek, z natury dobry, ciekawy, myślący. "Kulturę trzeba przeżywać, nie można jej nauczać" - dowodzi Pierre Gaudibert. "Przeżywanie sztuki jest aktem egzystencjalnym niwelującym podział na twórców i odbiorców, po prostu doświadczeniem. W toku tego doświadczenia przeobraża się sztuka, przeobraża się życie wciąż od nowa intensyfikowane aktywnym działaniem wyobraźni. (...) Sens i sztuki, i życia sprowadza się do chwili ulotnej, aktu dramatycz- nego, intensywnego uczestnictwa w teraźniejszości" - podsumowuje Irena Wojnar w 1976 roku. Co mogę dodać? Słucham muzyki, oglądam obrazy, uczestniczę w wielkim dziele stworzenia. I szanuję wspomnienia babci.
czwartek, 13 października 2011
Cogito, ergo sum (Myślę, więc jestem)
Leciałam nad Francją na lotni, trochę wiało, założyłam kurtkę i spojrzałam w dół. Zobaczyłam miasto trójkątne, a z niego płynące światło odbijało się od mojego latawca. Założyłam okulary do dali, nie było jeszcze ciemno, więc pomyślałam, że może mnie tu ktoś oczekuje. Nie myliłam się. Dostrzegłam postać machającą chorągiewkami, ale musiałam wziąć lornetkę. Trzeba było w jakiś sposób wylądować, coś mnie zafrapowało w tym miejscu, postanowiłam je zwiedzić. Kolory, które widziałam w powietrzu nasilały się im bliżej byłam tego machającego człowieka. Starałam się nie spaść na drzewa, znalazłam kawałek łąki. Trochę się poturbowałam, ale podał mi rękę właśnie ten pan. - Rene Deskartes, czekałem na ciebie długo. Jak podróż? Myślałaś o czymś po drodze? - Podziwiałam świat i starałam się od tego zmądrzeć - powiedziałam zwijając lotnię. - Chodźmy do mojej pracowni, tam odpoczniesz i coś ci powiem. Zaczął już po drodze. Ledwo spakowałam toboły, znów na jego głowie zaświeciło kolorowe światło. A może tylko na jego białym, krochmalonym kołnierzu, może to było tylko odbicie. Nie było łatwo patrzeć w jego oczy, były zatroskane, smutne. Posadził mnie na sofie: - Rób wszystko, na co masz ochotę. - Panie Rene, chciałabym pana o coś zapytać, czy mogę? - Masz tu napar z ziół i pytaj o co chcesz. Chodził wzdłuż pokoju i mówił pod nosem tak cicho, że ledwie słyszałam: - Logika, gdzie logika, czego możemy być pewni? - Może moglibyśmy w jakiś sposób uporządkować nasze myśli - bąknęłam. - Nie da się - stwierdził głośno i jego głowa przestała świecić. Przestraszyłam się trochę, ale przypomniałam sobie, że mam trochę marcepanów w kieszeni. - Proszę się poczęstować, to pomaga w myśleniu. Skosztował i jego głowa zajarzyła znów. Pojawił się nad nią kolorowy, rozszczepiony pryzmat. - Będę wątpił we wszystko i sprawdzał wszystkie podstawy, tak. Jeśli fundamenty są złe, jak na nich budować zasady? - Niewątpliwie ma pan słuszność, czy jednak nasze odczuwanie nie ma znaczenia? - Zmysły okłamują - odparł - jak te twoje marcepany, mogą być zawodne: patyk do połowy zanurzony w wodzie wydaje się złamany. Człowiek może nawet mieć halucynacje i być przekonany, że widzi coś, czego w ogóle nie ma. - Skąd więc możemy wiedzieć, czy żyjemy? Kartezjusz usiadł, pomyślał chwilę i stwierdził, że jest pewien tylko tego, iż jest Francuzem i siedzi w swojej pracowni w tej chwili ze mną. - To sen? - zapytał - skąd człowiek może wiedzieć, że życie, które prowadzi nie jest snem. Wiem tylko, że percepcja mnie oszukuje, a 2+3=5. Jestem ofiarą wielkiego oszustwa, chciałbym ci powiedzieć, że jestem oszukiwany przez potężną, złośliwą istotę, demona, który manipuluje moimi myślami, ale nie jest dobry. - Może da się coś zrobić - wtrąciłam, bo ogólnie nie lubię malkontentów. - Może tak, zaraz ci powiem, istnieje jedno takie twierdzenie, którego ani zły demon ani Bóg nie są w stanie podważyć. Za każdym razem bowiem, kiedy człowiek myśli, musi przecież istnieć. Masz jutro coś ważnego? Dokąd polecisz?
Na kawie z Kantem
Dojeżdżać do Królewca trzeba dość długo trudno było złapać konie na czas. Spóźniłam się parę minut. Mistrz siedział już przy swoim stoliku, przed nim kawa i kajet. Coś tam liczył. - Dzień dobry, panie Immanuelu - zagadnęłam - Byliśmy umówieni, nie przeszkadzam? - Ależ skąd, witam panią, proszę spocząć - wstał, poprawił swoje drobne loki i kokardę pod szyją, po czym zapytał: - Jeśli wolno, z jakiego wieku przybywasz, jakby przyszłego? - dodał widząc mój strój. - Nie jestem pewna mistrzu, poproszę kawę. Podwójną. Czy mogę zadać panu pytanie? Bez cukru, dziękuję. - A co chcesz wiedzieć, skoro jechałaś tyle lat? - zapytał Kant cienkim głosikiem i znów poprawił kokardkę. Zerkał na swój kajet jakby chciał dalej liczyć. - Chciałam zapytać o czas, no i o przestrzeń. - Hm, jeszcze nie wiecie, tyle macie maszynek na rozum... - wziął do ręki ołówek i coś pokreślił w kajecie. Zamówił sobie lampkę czerwonego wina. Poprosił panienkę w białym pięknie wykrochmalonym czepku o dużą serwetkę. Przyniosła obrus, bo wiedziała, że mistrz lubi długie rachunki. Tym razem nie liczył długo. Napisał tylko - Czas i przestrzeń to jedno. - A co z umysłem - zapytałam nieśmiało. - Czy jesteśmy w stanie przekroczyć jego własne granice? Gdzie one są? - To zależy - odpowiedział wycierając kąciki ust koronkową chusteczką. Tak, to zależy od wielu spraw, ale generalnie to domena raczej artystów. Niektórych, rzecz jasna. Mało kto ma ten dar. Skąd jesteś, młoda damo?

Rysunek Tadeusz Ogrodnik
www.ogrodnikxxl.blox.pl
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Salon Pilski ART 2010
30 grudnia 2010 roku została otwarta w Galerii Biura Wystaw Artystycznych
i Usług Plastycznych w Pile wystawa pt.: SALON PILSKI ART 2010
/34. Przegląd Twórczości Artystów Środowiska Pilskiego/

Anna Lejba "Pierwotność II", akryl, płótno, 100 x 100 cm, 2010 r.
Pytanie o wolność sztuki
Artysta - to słowo kiedyś brzmiało dumnie. Sztuka - jednoznacznie. Choć
przez tysiąclecia zmieniały się ich role i funkcje, czy to w służbie władzy, czy
religii, artysta zawsze był osobą potrafiącą realizować marzenia wielkich
mecenasów, odpowiadać na wyzwania zmieniających się poglądów, a dalej
moralności i estetyki. Odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne nie tylko
spełniał zadania propagandowe, ale kształtował gusty i zachcianki ludzi
zamożnych kolejnych epok, z których każdy na swą miarę wnosił wkład
w rozwój ludzkości. Wartościowanie ich w zasadzie nie wydaje się mieć sensu,
jakkolwiek samo porównywanie pożądane jest zawsze, o ile pomaga dochodzić
pojawiających się różnic i zmian w mentalności człowieka. Kultura i sztuka
jest tym dokumentem czasów, który mimo że, jak wszystko, podlega
rozpadowi, najpełniej opisuje ich strukturę. Nieco inaczej rzecz ma się
z nauką. Badacze kontynuują koncepcje swoich wielkich poprzedników,
tworząc odkrycia i wynalazki na bazie wcześniej opisanych praw, a i tu
wciąż jeszcze wiele pozostaje do odkrycia. Fascynują nas teorie i hipotezy
wielkich astrofizyków, którzy podważają nasze dotychczasowe, ludzkie
rozumienie materii, przestrzeni i czasu, jako podstawowych rozważań
ontologicznych. Rozwój w sztuce przebiega nieco innymi torami. Podobny
jest nieco do postępu w filozofii, bo polega na mnożeniu alternatyw, dziś
powiedzielibyśmy - opcji. Każdy ma prawo do utworzenia swojej.
Czym zajmuje się zatem współczesny artysta, jeśli zostało niefortunnie
powiedziane, że w sztuce wszystko już było? Czy zdany jest na wtórność
względem swoich doskonałych poprzedników? A może jest zgoła
niepotrzebny?
Człowiek - wynalazca, zdeterminowany w swym dążeniu do doskonałości,
czynił wszelkie wysiłki, by skonstruować urządzenia mogące zastąpić
pracę każdego, także artysty, czyli wielkiego konkurenta nauki, tego
jedynego, który potrafi zaprojektować i stworzyć coś, czego nie potrafi
nikt inny. Wydawało się, że problem tkwi w technologii, obliczeniach
"proporcji piękna", ażeby stało się powszechne i dostępne jak przepis
na placek. I tak orbita dziejowa zatacza kolejne kręgi, w których cyfrowy
świat poszerza swe posiadanie. Komputer, mimo iż jest doskonałym
narzędziem pracy w ręku twórcy, wszechwładnie zastępuje kreatywne
myślenie jednakową karmą. Aparat cyfrowy uprościł skomplikowany
proces fotograficzny, za nic mając głębię i niuanse światła, druk cyfrowy
zatracił bądź też odmienił magię grafiki warsztatowej, kaligrafia to
nikomu już niepotrzebny przeżytek,mimo że pedagodzy biją na alarm.
W dawnych czasach wytwarzaniem przedmiotów pięknych, dekoracyjnych
zajmowali się mistrzowie rzemiosła artystycznego, słynący ze swoich
warsztatów i szkół. Ich dzieła przetrwały w pałacach i muzeach
wzbudzając podziw odbiorców i wielu naśladowców.Obecnie prace
projektowe, unikatowe pierwowzory z różnych dziedzin wykonywane
są przez artystów profesjonalnych. Współcześni designerzy projektują
znakomite, nowoczesne wzornictwo przemysłowe (począwszy od
sztućców, przez lampy, meble, kafle i wszystko, co podziwiamy
w galeriach handlowych). Wielu podejmuje prace związane
z grafiką wydawniczą, a także nowymi mediami i filmem. Inni nauczają
przyszłych projektantów i architektów wnętrz, prowadzą galerie sztuki,
różnorodne zajęcia edukacyjne i warsztaty twórcze. Większość twórców
podejmuje dziś pracę zawodową w swej specjalizacji i tu pojawia się
zagadnienie wolności artysty. Nie jest to problem całkiem nowy, bowiem
i dawniej twórca najczęściej realizował zamówienie wiążące się z konkretnymi
wymogami. Jednak obecna homogenizacja kultury jest zjawiskiem
dopadającym nas w rzeczywistości globalistycznej, gdy różnice kulturowe,
po wielkich, tysiące lat trwających wędrówkach ludzkości zaczynają
się zacierać.
Praca artysty wykonywana z jego przygotowaniem zawodowym powinna
nosić znamiona wolności. Zasadnicza zmiana w funkcjonowaniu twórcy
obecnie polega na tym, że coraz mniej jest artystów, których dzień
zamyka się w czterech ścianach pracowni, by od czasu do czasu
zaprezentować swoje prace. Artysta podejmuje się konkretnych zadań
kulturotwórczych, dokonując takiego, a nie innego wyboru, przyczynia
się do rozwoju dobra publicznego, poprawy relacji społecznych na różnych
poziomach. Ma obecnie prawo do godzenia się na zastane sytuacje
bądź nie. Więcej, ma prawo je obnażać, nadawać im własne znaczenie.
Wyrażając swój indywidualizm odkrywa przed nami nowe pola dla
wyobraźni, czyniąc i nas wolnymi. Czasem wystarczy zmienić
kontekst, pokazać rzecz w innym świetle, odkryć w sobie świeże
spojrzenie na poukładany z grubsza świat.
"Wolność to jednak nie tylko - powiada Leszek Kołakowski - wybieranie
między gotowymi możliwościami, ale także twórczość, stwarzanie rzeczy
całkiem nowych, całkiem nieprzewidywalnych. (...) Jesteśmy naprawdę
sprawcami czynów, które spełniamy, nie zaś tylko narzędziami różnych
sił, jakie się w świecie ścierają. (...) Nie ma przy tym powodu, by twierdzić
za św. Augustynem i Kantem, że tylko wtedy jesteśmy wolni, gdy dobro
wybieramy, nie zło, że więc wolność nasza określa się przez treść wyborów,
nie zaś przez samą zdolność wybierania. Twierdzić tak, to pakować
własne moralne doktryny w samo pojęcie wolności."
To bardzo istotna sentencja zwłaszcza dla twórców, ludzi poruszających
się po obszarach często kontrowersyjnych z punktu widzenia etyki,
która uprawnia ich do obnażania prawd "w złym tonie", plasujących się
po drugiej stronie estetycznego piękna i dobra. Powstaje tylko pytanie,
jak dalece twórca może się w swej wolności poruszać, jeśli
podejmowanie tematów tabu, okrucieństwa, czy też pustki duchowej,
nie jest samo w sobie złem? Jest, powiedzmy, świadectwem jakiegoś
przedziału czasowego, zdarzenia, zjawiska, uwypuklonego bardziej
wymownie niż news na monitorze tv, dzięki nadanej przez twórcę
artystycznej formie. Gdzieś tu powinno paść pytanie o prawdę,
a może twórcy wolno także puszczać do nas oko? Fantazjować
i pokpiwać?
Powiadają niektórzy, że tylko twórca niezależny i osobny jest w stanie
dogłębnie przyglądać się światu, odczuwać i rozumieć jego postrzępione
struktury. Czy rzeczywiście? Czy taka wolność zdolna jest do porównań?
Dyskusyjne i zmienne pojęcie dobra, zła, a także piękna i prawdy, przewija
się w sztuce zależnie od historycznych zawirowań, nie zawsze postawa
artysty wyraża aprobatę wobec rzeczywistości. Podstawą jest "sam fakt,
że wybierać i tworzyć jesteśmy władni. - Podpowiada dalej
profesor. - Ta wolność jest dana ludziom razem z ich człowieczeństwem,
jest tego człowieczeństwa fundamentem, tworzy człowieka jako coś
w bycie samym wyróżnionego." Jednakże zdanie: "Nie ma ogólnie ważnej
reguły, która określa, o ile więcej, albo mniej wolności jest dla nas dobre" -
jest dla sztuki stwierdzeniem zasadniczym. To artysta jest odpowiedzialny
za swoje wybory, wystawia swą godność na aplauz bądź śmieszność.
Z tym problemem borykają się zwłaszcza młodzi twórcy, którym coraz
trudniej o świeżą inspirację. Twórca, jak każdy, atakowany jest zewsząd
ikonami popkultury, polityką, natłokiem informacji, które przetwarza
w sztukę, jako sposób na własne istnienie, czasem lek na alienację.
Sztuka jako zdrowy "system trawienny społeczeństwa", mimo że gubi
czasem drogi i bywa wręcz groteskowa, ma w sobie siłę uczłowieczania
nas i oswaja naszą samotność, jako stan opuszczenia duszy, lęku,
niezrozumienia targającychnami uczuć, sprzecznych emocji.
Dysproporcja w związkach sztuki z technologią wypływa, jak sądzę,
z braku równowagi w traktowaniu obu dziedzin. Pamiętać jednak warto,
że te piękne kształty aut, telefonów,obiektów z betonu i szkła także
współprojektują artyści. Wytwory technologiczne, ich techniczna
wspaniałość i piękna forma, to oczywiście doskonałość myśli ludzkiej,
jakże jednak ukrytej pod warstwą zimnej stali. Na drugim biegunie
sztuki znajduje się ta działalność artystyczna, która poszukując
wciąż nowych środków wyrazu mierzy się z ludzką osobowością.
Dlatego chwała twórcom, ich bezkompromisowości, bo jeśli ocala
się swe własne odczuwanie, ocala się coś dla innych, dzieli się
z nimi chleb. Dzieło sztuki, mimo że ciągle spychane w świat komercji,
nadal spełnia swe pierwotne zadanie - jest towarzyszem naszej
emocjonalności, wrażliwości na cierpienie i miłość, nie tylko lokatą
kapitału i wcale nie jest mniej ważne od fabryki, w której maszyny
wytwarzają maszyny.
Wydaje się, że pojęcie sztuka nie odzyska już swej jednoznaczności,
skoro zatoczyło tak szeroki krąg samozaprzeczeń. I tak jest pewnie
ciekawiej. Twórca szukając własnej drogi poznaje swoje korzenie,
podejmuje artystyczny dyskurs ze sztuką, którą zastał i która
właśnie się dzieje. Wszystko przed nim, tym bardziej, że jak
stwierdził Stephen Hawking badając czas, możliwa będzie jedynie
podróż w przyszłość.
Anna Lejba
czwartek, 01 października 2009
Oczy otwarte nocą
Jak oczy są otwarte jest inaczej jak się zamknie przestają szczypać i w głowie się kręci nocą może ustaje ból
Otwarte oczy nocą kuszą diabły i niewiadomoco się stanie nazajutrz
Nowe
Do szaleństwa pytasz o ból Czego nie wiesz nic cię nie obchodzi Raz wyganiasz starą matkę w strach nigdy nie wiadomo kiedy wystarczy po prostu wziąć za rękę jak dziś i pobyć, uspokoić tak mi się udało Jeśli nikt jej nie kocha, to nie śpi to nie wiersz

Nie oszaleć
Boisz się że oszaleję a to już się stało pęka mi łeb od własnej głupoty i słabości znów zagląda w bok cała ludzkość kiedy dam jeść i tak siedzi i patrzy pustym wzrokiem wprzód i w bok i pod stołem zbiera okruszki do kuchni zamknięte są drzwi więc do ubikacji też nie ma po co iść po co mowa ludziom nie zauważy że idziesz gdzie indziej jak napełnisz miskę
Dziadek z wiadrem
Z laską, z workiem, kijem z grabkami wiecznie jest na podwórku
Tu nie można patrzeć przez okno po jednej stronie dziadki i ich stare psy po drugiej karetki
a z wyspy disco polo i hip hop nie ma siły na wyjęcie okularów trzeba przetrwać jeszcze czas do kolacji
dobrze że są chociaż świeże tulipany przyszła mi powiedzieć moje imię ze strachu że nie dostanie jeść
nowym odkryciem jest wieczorynka chyba dla babci lepsza niż fakty śmiała się parę razy na psie Pluto
więc na tej wyspie wielki nagłośniony koncert - wołanie zbuntowanych młodych - do kogo
Strach c.d.
Można tak stwierdzić, gdy ból odbiera mowę Kiedy opowiadam o sytuacjach w których istnieją chwile, gdy przestaje się żyć bezdech, brak tętna, ani nic dostaje się szału jak można patrzeć na lekceważący uśmiech na twarzy - Może na moment - powiadasz ale z nich składa się rozpad mózgu po chwili wracają funkcje życiowe to się powtarza coraz częściej Skąd wiem? Czuwam ze strachu, że nie zdążę pogłaskać po głowie I gdzie mam szukać ratunku nocą dla siebie samej. Wtedy piszę. Jak byś sobie wyobrażał taki obraz? Ja na dzień dzisiejszy nie wiem

Ale
Ten ból co ściska gardło nie da się ugasić tabletkami nie potrzeba dużych słów ani nazw
Zbyt dużo napisało się ostatnio z rozpaczy tej prawdziwej, bez cudzysłowów
Zbyt dużo się przeżyło codziennych dramatów i głupstw
Ale jestem, jeszcze żyję, i to ja to ja będę wołać choć przez chwilę: - Proszę to powiedzieć własnymi słowami jutro kto cię wysłucha
x x x
Gdybym tylko do Ciebie mówiła, nie chciałbyś mnie słuchać. Podobno nie masz słuchu. Gdybym Ci śpiewała, też byś poszedł sobie. Deszczem zmoczony, albo śniegiem wolałbyś być. Gdybym biegła za Tobą, opędzałbyś się ode mnie jak od natrętnego psa. Nie mam już nic więcej, co mogłabym Ci dać, poza moją myślą kochaną o Tobie. Piszę więc, może wtedy uda Ci się rozłożyć i pozbierać moje myśli ze strzępów. Jednak przynosisz mi wciąż nowe zadania, jak gdybyś wierzył we mnie, że coś Ci podpowiem. Staram się najlepiej, jak umiem. Chwilami nawet udaje mi się pozdrowić Immanuela Kanta. Gdybym jednak mogła spotkać się z Rembrandtem, pewnie by mnie wysłuchał, a ja jego, nie uciekałby przede mną. Dla mnie namalował przecież wszystkie obrazy, która przyszłam na świat wieki później za nic mając współczesność pustą i fałszywą. Mogłabym jeszcze dla niego zatańczyć i dla Ciebie też, ale Ty śmiałbyś się ze mnie. Wybacz, że szukam w sztuce prawdziwych przyjaciół, że zaglądam do książek i o nich opowiadam. Przypomnij sobie radość ze spotkania z Matisse'm, Twoje pędzle same zaczęły tańczyć. Karmię się nie byle czym, ale światłem z Twoich rysunków i kolorami z Twoich obrazów, nabazgranych. Niewiele z nich rozumiem, jednak bardzo ich chcę. Zadzwoń do mnie.
Rysunki Tadeusz Ogrodnik
www.ogrodnikxxl.blox.pl
piątek, 08 maja 2009
Nowe prace

Padre Pio dalle letter I, technika własna
Padre Pio dalle letter II, technika własna 
Padre Pio dalle letter III, technika własna 
Padre Pio dalle letter IV, technika własna
piątek, 23 stycznia 2009
CIĄGŁOŚĆ I ZNAK
/wystawa w MDK w Chodzieży,
styczeń - luty 2009/

CIĄGŁOŚĆ I ZNAK Czy kiedykolwiek przestajesz myśleć? Co się dzieje w twojej głowie, kiedy nic nie mówisz, może zwiedzasz pokłady człowieczeństwa zbudowane misternie przez ewolucję i odczuwasz tak potężne nagromadzenie myśli, które płyną “nie wiadomo skąd”, że zadajesz sobie pytania podstawowe. Jak przewidywał Teilhard de Chardin zagęszcza się ponad naszą biologicznością sfera psychizmu - NOOSFERA. Wyzwoli nas, czy opęta... Zagubiona w globalnej gonitwie za światem, w którym wszystko da się wyliczyć, powraca myśl - zostawić po sobie ślad. Własny, niepowtarzalny odcisk, znak sensu życia, które dopiero kosmos przygarnie. W każdej kulturze wypracowano skomplikowane systemy komunikowania, na początku których był znak - gest, rysunek, później pismo - najbardziej nośne w swej doskonale abstrakcyjnej formie. Obecnie postęp techniczny pozwala korzystać z bazy danych całej niemal ludzkości. Dziedzictwo tysiącleci, dokonania i doświadczenia innych stają się wspólną własnością, są do dyspozycji każdego. Na ile człowiek potrafi ogarnąć ten “spadek”, wykorzysta go, czy zaprzepaści, czy nie przegapi jakichś ponadczasowych wartości, których nie znajdzie potem w żadnym komputerowym programie? Współczesność produkuje nowe recepty, ślepo wierząc w narzędzia cyfrowe. Człowiek współczesny na ogół nie chce się borykać z bagażem przodków, chce sam być odkrywcą i parzyć się jak dziecko. Neguje przeszłość, nie chce wiedzieć, ilu przed nim rozważało podobne problemy. A jednak atakowany ciągłym napływem informacji przez media, bez których - notabene - też nie umie już funkcjonować, nie potrafi wybierać, ponieważ wcześniej zanegował kryteria. Bełkot, szum, natłok niemożliwy do przyswojenia podpowiada, by się przed nim bronić. I - paradoksalnie - wysyła własne komunikaty też. Każdy może zaistnieć, zgłosić swoją obecność... Wszyscy nadają, kto potrafi odbierać? Krążą po głowie bezustannie myśli pomieszane, strzępy sytuacji, odczucia, pragnienia. To one budują czas, zegary tylko go mierzą. Teraźniejszość jest podobna do przeszłości i przyszłości, jest “kursorem” zaznaczającym punkty pamięci na skali, która ciągle się zmienia. By w tej ciągłości nie przepaść trzeba “oswoić” fragment czasu, w którym to my pojawiliśmy się jako znak. I na zawsze krążyć w noosferze.
Anna Lejba 2006
Anna Lejba, Przyśpieszenie I, kolaż, 10 x10 cm

Anna Lejba, Przyśpieszenie II, kolaż, 10 x10 cm 
Anna Lejba, Przyśpieszenie III, kolaż, 10 x10 cm Czytanie świata… ”A czerń, E biel, I czerwień, U zieleń, O błękit, Tajony wasz rodowód któregoś dnia ustalę (…)
U, cykle, opalowagra mórz, spokój pastwiska Usiany zwierzętami, spokój, który odciska W skórze uczonych czół bruzda alchemii głęboka.” A. Rimbaud „Samogłoski” (fragmenty)
Współczesny człowiek termin „sztuka” kojarzy z wielością znaczeń, z całą gamą kontekstów, konkretyzacji, definicji brzmiących tym bardziej pusto i niewiarygodnie im częściej są stosowane. Mówimy zatem o sztukach wizualnych i o sztuce słowa (odwołując się do plastyki i literatury), o sztuce życia, kreowania własnej osobowości, wizerunku, przyjmowania i odrzucania masek, czy ról (nawiązując do doświadczeń teatru), wreszcie (bardziej konkretnie) o sztuce w aspekcie kultury masowej, mediów, techniki i technologii przekazu. Tak, więc zgodnie z potocznym, uproszczonym odbiorem - sztuką okazuje się zawsze ta sfera ludzkiej działalności, która odwołując się do konwencji, artystycznego programu lub credo, a w efekcie do meta-języka, podejmuje próbę porządkowania świata zgodnie z intencją, pierwotnym zamysłem artysty. Niewielu jest jednak twórców tej miary, co Anna Lejba, którzy (traktując dzieło sztuki na prawach przemyślanej struktury, poza werbalnego przekazu, komunikatu) starają się sprowokować odbiorcę do gry intelektualnej, wyrafinowanej i niekiedy trudnej, przekornej „ „zabawy”, do owego pojedynku na obrazy, znaczenia, symbole. Dla nich sztuka okazuje się przede wszystkim kluczem do czytania i porządkowania świata lub może odczytywania go po wielekroć, za każdym razem inaczej, na nowo, w sobie tylko właściwy sposób. W efekcie pozornie znana, „oswojona” rzeczywistość zaczyna odsłaniać swoje „tajemnice”, ukryte sensy i treści, dając okazję do manifestacji „Ja” artysty, pozostającego zawsze w świadomej opozycji do tego co „oczywiste”, „realnie istniejące”, „bezpieczne i sprawdzone”, spauperyzowane do granic za sprawą tak zwanej „pop-kultury” oczywiście. Stając przed oszczędnymi, niemal ascetycznymi w doborze środków ekspresji kompozycjami Anny odnosi się wrażenie, ze oto podejmujemy rytualny pojedynek, wymagający uwagi, głębokiego skupienia, a przede wszystkim – zatrzymania, „zawieszenia” w czasie. Postrzegając dynamiczne i statyczne konfiguracje liter (postawionych w pionie i położonych, płaskich i pogrubionych, o powierzchniach gładkich i noszących widoczny ślad narzędzia, chropawych), analizując kompozycje zamknięte w kole, układy otwarte, imitujące wir lub poziome, nakładające się pasy – poddajemy się magii przekazu, wykorzystującego pozornie znane i zdawałoby się całkowicie oczywiste znaki. Litery atakują nas bowiem zewsząd, uderzając neonową barwą w witrynie sklepu lub wielkim znakiem graficznym na billboardzie, wpisując się w industrialny pejzaż miasta, czernią drukarskiej czcionki na białej płachcie gazety, migoczącą kakofonią barw na ekranie komputera i telewizora. Wielość i powtarzalność informacji sprawia, że zaczynamy odbierać je w izolacji, w oderwaniu od dźwięku, a ich układy (poszczególne, wydzielone słowa) w oderwaniu od pierwotnych, zwyczajowo przypisanych im sensów. W konsekwencji litera (symbol kultury i cywilizacji) staje się tworem abstrakcyjnym, autonomicznym, oderwanym od dźwięku i treści. Konwencjonalne posługiwanie się literą staje się zatem czymś w rodzaju „sztuki dla sztuki”, a sam zapis (słowo i zdanie) zbiorem form doskonałych i skończonych, zamkniętych, których zaskakujący, ukryty sens, znaczenie - odnaleźć można dopiero po zburzeniu struktury i wykreowaniu jej od nowa. Przypomina to trochę zabawę w budowanie kompozycji z literowej „rozsypanki”, tyle tylko, że nie chodzi tu o stworzenie inskrypcji, czytelnego, jednoznacznego zapisu, a raczej o to, co dzieje się „międzywierszami”, w owej niedopowiedzianej, niedookreślonej przestrzeni na styku graficznego znaku i przypisywanych mu treści. Istnieją zatem znaki i obrazy, z którymi jako odbiorcy lub może raczej „ofiary” przekazów medialnych mamy nieustanny, niekiedy nieświadomy kontakt, które czynią z nas doskonały przedmiot manipulacji, wdzierając się w nasze „światy osobne”, brutalnie i bez znieczulenia. Litera oderwana od sensu, pierwotnego celu dla którego została pomyślana staje się tylko (lub może „aż”) „czystą”, idealną, zgeometryzowaną formą. Zwielokrotniona, zamknięta na przykład w ramę trójkąta przypomina (dwie prace pokazane na wystawie noszą znamienny tytuł „Pryzmat”) o umowności naszej obrazkowo – komputerowej cywilizacji, o dehumanizacji świata, w którym jeszcze u schyłku XIX wieku francuscy symboliści doszukiwali się zakodowanych, „głębokich” sensów. Czynił tak pamiętny skandalista, Arthur Rimbaud, zwracając się wprost do samogłosek w swym słynnym, niepozbawionym nuty prowokacji sonecie, deklarując: ” Tajony wasz rodowód któregoś dnia ustalę…”i przypisując równocześnie konkretnym znakom równie konkretne barwy – symbole. Współczesny człowiek wydaje się być w znacznie gorszej sytuacji. Zanurzony w chaosie codzienności, w owym uporczywym cywilizacyjnym krzyku, obnażony i odkryty do ostatka, pozbawiony konwencji i roli, operujący wykreowanym przez media gestem, posługujący się „tekstem”, nie „słowem” , anonimowy, zunifikowany, zmumifikowany w „pop – kulturze” – nie potrzebuje i zapewne nie ma ochoty doszukiwać się „ukrytych sensów”. Dzieło sztuki odbiera na prawach „estetycznego przedmiotu”, emocje i zamysł artysty – w kategoriach „uznanej konwencji”, zmienność, eksperyment, zapis twórczych poszukiwań - jako ekscentryczne „dziwactwo”. Cóż zatem pozostaje artyście? Prowokacja? Zapewne, wielce wyrafinowana i przewrotna – prawdziwa zwykle jest taka. Kompozycje Anny zdają się prowokować do bezruchu, zatrzymania się w ogłupiającym pędzie. Do refleksji nad sobą i światem. Do spojrzenia w głąb, wejścia w przestrzeń mityczną – archetypu, znaku, symbolu. Do podjęcia „rzuconej rękawicy” i pozostania w przejmującym milczeniu, „twarzą w twarz” wobec bieli i czerni liter, w rytualnym pojedynku, w bezczasie.
Małgorzata Dorna



niedziela, 01 czerwca 2008
Nowe prace do cyklu "Zapisz zmiany"
Ostatnio przygotowałam się do kolejnej edycji Międzynarodowego Biennale Miniatury w Częstochowie. Dość skomplikowana technika własna pozwala na wykorzystanie tego materiału także w niewielkim formacie 10 x 10 cm. Wysłałam wydruki cyfrowe moich kolaży, wkrótce obradować będzie jury. "Zapisz zmiany" to tytuł cyklu, który rozbudowuję od roku, przewrotnie nawiązuje on do hasła komputerowego, a ja rozsypuję sobie stare szablony (młodzież już nie zna tej techniki literniczej zapewne). 


czwartek, 01 maja 2008
Nieuchronność
Nazwałam ten plik słowem, które samo się pchało w to miejsce. Długo trwało, zanim w ogóle dało się napisać. Teraz, gdy minął w końcu ten koszmarny czas, znów trudno mówić. Bowiem czas ma to do siebie, że potrafi przesuwać kursory. My jesteśmy poddani niezależnym od nas sytuacjom, chwilami wydawać się może, że na co nieco mamy wpływ, dlatego tak się staramy mieć umysł na wodzy. Tak naprawdę koszmarny czas nie minął, tylko się zmienił. Wreszcie uznano, że jest "poważnie" chora. Na mózg. Dzięki osłabieniu serca może jeszcze przebywać pod medyczną opieką, bo jeszcze rano było "cacy" do domu. To koszmar, którego nie chcę już przeżywać, upadające z łomotem ciało nocą, albo znalezione po pracy fikołkiem w wannie, albo spadnięte z tapczana nie wiadomo, czy połamane, czy da się podnieść, co się znowu stało, albo w kuchni wciśnięte między szafkę a zlew, musiało słabnąć powoli. To były udary. Ostatni najsilniejszy się zaznaczył afazją, w końcu nadeszła pora na badanie mózgu, a nie tylko obrażeń. Tomografia pokazała serię dziur. W końcu nazwano to chorobą, z początku miażdżycową demencją, wreszcie Alzheimerem. Dlaczego bano się powiedzieć mi o tym normalnie, przecież wiedziałam dobrze, że dzieje się coś bardzo złego, ale skoro nikt tego nie podejmował, to brałam na siebie całe to wariactwo. Obwiniałam ją za głupotę, krzyczałam z bezradności, myślałam, że nią jakoś wstrząsnę, że się opamięta, że ruszy łbem i powiąże dwie rzeczy ze sobą. Targała mną nienawiść do durnoty, do charakteru, który najczęściej odzywał się tylko z zaprzeszłości i to, że właśnie on się tak bardzo utrwalił. Zostało w niej tylko to, czego najbardziej nie znosiłam. Aż się stało. Na początku chciała ode mnie coś wiedzieć, pytała wzrokiem, ściskała rękę. Odniosłam wrażenie, że stało się to tylko po to, bym znów poczuła miłość, ale taką, o której mówił Jan Paweł II. Minęło kilka dni, chwilami mam wrażenie, że mnie nie poznaje. Padły kwiaty, zegarek przestał chodzić po 22.00, pewnie wtedy zakończył się proces udaru (lekarz mówił mi ok. 21.00, że to jest obumieranie mózgu, które trwa i nic nie wiadomo), to są znaki przyrody, która się jednoczy z trudnymi sytuacjami. Przyrody i fizyki, może nawet metafizyki. Boję się wielkich słów, boję się ich używać, przede mną i tak trudny czas szpitalnego "nadzoru". Nawiązałam kontakt z hospicjum - deklaruje pomoc, ale trzeba czekać, jesteśmy zapisane w "kolejce". Jeszcze było nocne co chwilę wołanie "Ania" z modułem w głosie, który nie wiadomo czy się śnił, czy był - i tak biegłam wiele razy, chociaż spała, albo znajdowałam ją wstającą, już na nogach co gorsza. Przecież w każdej chwili mogła się znów wywalić, łapałam ją w locie tyle razy. Dlaczego nikt mi nie wierzył. Zapisywali diabelnie drogi lek na zawroty, mówiąc "Oj coś za często się pani przewraca, pani nie wolno się przewracać, pani Kwiatkowska". W ostatnim zestawie leków nie było już tego na błędnik. Matka leży i tak.
środa, 09 kwietnia 2008
Obrazy podróżne

Sady, foto 
Ruina, foto
|
|